Czerwony Rynek – Recenzja

Kto lubi makabrę, ręka w górę!

Wszyscy lubią. Ludzkość naturalnie lgnie do wszelkiego rodzaju dziwaczności, makabry, tragizmu. Krwi, potu i łez. Wcześniej publiczne egzekucje i operacje, dzisiaj drastyczne zdjęcia z wypadków i ze stołów operacyjnych. Nie czas i miejsce na to, by dyskutować o indywidualnych poziomach wrażliwości czy też otępieniu wrażliwości społecznej. Śmierć w nienaturalnych warunkach zawsze jest na topie.

Stop.

Zatrzymajmy się przez chwilę na tym, jakby tu przekierować gatunkowe skłonności na zdobycie konkretnej, zaskakującej, makabrycznej ale przy tym niezwykle istotnej wiedzy. Zatrzymajmy się przy książce „Czerwony Rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kośc, producentów krwi i porywaczy dzieci”. 

Żyjemy w boskiej erze kapitalizmu, gdzie praktycznie wszystko jest na sprzedaż – jeśli tylko jest chętny kupiec. W świadomości społecznej funkcjonują trzy rodzaje rynków zbytu – biały (towary dopuszczone do sprzedaży), szary (np. pirackie płyty, nieopodatkowane dochody) oraz czarny rynek (towary w danym kraju nielegalne). Mało osób wie, że wyróżnić możemy jeszcze jeden: tytułowy czerwony rynek, czyli rynek, na którym towarem jest człowiek i jego komponenty. Szukasz nerki? Serca, płuca? Chcesz adoptować dziecko, potrzebujesz komórek jajowych? A może jesteś przedstawicielem uczelni i chciałbyś wzbogacić wykłady z biologii o prawdziwy szkielet ludzki?

Nie ma problemu. Witajcie na czerwonym rynku.

Scott Carney jest dziennikarzem śledczym, który na potrzeby swojej książki przemierzył pół świata. Wszędzie tam, gdzie dochodzi do handlu towarem bardzo „chodliwym” a jednocześnie dość ekskluzywnym może dojść do nadużyć. A o te nietrudno – podobnie bowiem, jak w przypadku innych branż, handlarze zrobią wszystko, by zarobić jak najwięcej na transakcji. Szczególnie wtedy, gdy jest ona warta grube tysiące dolarów a chętny jest zdesperowany, walcząc o życie swoje lub osoby bliskiej.

Obszary działania czerwonego rynku są tak niesamowite, że aż trudno w nie uwierzyć. Czy wiedzieliście, że jeszcze niedawno większość szkieletów uczelnianych w USA pochodziła z Indii? Przy tamtejszym „przemiale” ludnościowym szybko znaleźli się obrotni przedsiębiorcy, który zwietrzyli interes. Ludzki szkielet zdaje się być nam oddany w „wieczystą dzierżawę” – po śmierci jednak prawa własności do kości wygasają, kto miałby rościć sobie do nich prawo, skoro właściciel nie żyje. To dało początek masowemu wykopywaniu zwłok z grobów, oporządzaniu i wysyłaniu czystych, świeżutkich szkieletów na zachód.

Moment wyprodukowania sztucznej krwi, w pełni akceptowalnej przez organizm, będzie chyba jednym z największych osiągnięć medycyny. Dopóki jednak nie mamy tego dobrodziejstwa, polegamy na transfuzjach. To znów daje pole do popisu i zakładania nielegalnych „farm krwi”, gdzie pochwyceni wcześniej ludzie oddają aż do wycieńczenia swoją krew. W całym procederze biorą udział szpitale i inne ośrodki zdrowia, skupujące ten cenny surowiec.

Mamy Johna. John choruje na nerki, pilnie potrzebuje przeszczepu. Astronomiczne ceny za przeszczep w USA zamykają mu drogę do życia, otwiera się jednak furtka w postaci klinik chińskich, które za niewielką (w stosunku do amerykańskiej) cenę dokonają przeszczepu. Świeżutka, nereczka, jeszcze ciepła po poprzednim właścicielu, chińskim więźniu politycznym. Gratuluję, przeszczep się przyjął, będzie pan żył.

„Czerwony rynek” warto przeczytać z dwóch powodów. Po pierwsze, jest to fascynujący reportaż o handlu nietypowym towarem. O handlu, który kontroluje ogromna liczba podmiotów, z których każdy chce zarobić, co swoje. O handlu, co do którego nie ma jasnych wytycznych prawnych, często więc jest kwestią interpretacji, jak podejdziemy do tematu. Czy trzymanie w odizolowanym budynku hinduskich matek zastępczych jest podyktowane dbaniem o ich zdrowie i zapewnieniem dogodnych warunków czy też może chodzi tu o „ciążowe więzienie”, gdzie ma się nad nimi ciągłą kontrolę? Co jest rekompensatą za poniesione trudy transplantacji a co zapłatą?

Po drugie, „Czerwony rynek” jest książką o wartości człowieka. Ile jestem warta, ja Polka, kobieta rasy białej, względnie zdrowa? Ile warte są moje komórki jajowe, skoro jestem w wieku reprodukcyjnym i mam (prawie) wyższe wykształcenie? Ile zapłacono by mi za moje rogówki, za nieobciążone wadami serce? Ile będę kosztować w całości i we fragmentach – kiedyś po śmierci, jako produkt ciało?
Eksploatacja uboższych rejonów świata trwa w najlepsze nie tylko pod względem surowców energetycznych czy taniej siły roboczej. Istnieje ona również na gruncie czerwonego rynku, bowiem za mnie zapłacono by więcej. Dużo więcej, niż za odpowiadającą mi dziewczynę z Chin.
Jest to również pytanie o wybory moralne. Czy faktycznie jest tak, że znajomość dawcy i biorcy organów jest dla nich szkodliwa? Czy to może po prostu jeden z wybiegów, żeby przedłużyć łańcuch pośredników w tej niezwykłej transakcji. Czy jest etycznie uzasadnione walczyć o swoje życie, nawet jeśli mam podejrzenie, że podarowane mi serce może pochodzić od kogoś, kto oddał je nie tak całkiem dobrowolnie? Albo nerka pochodzi od ubogiej kobiety w Madrasie, dla której sprzedaż organów jest jedyną szansą na przetrwanie? A dziecko? Jak z adopcją dziecka z Kambodży, skoro nie mamy stuprocentowej pewności, że nie zostało ono ukradzione swoim rodzicom a potem oddane do adopcji?

Wydawnictwo Czarne nie zawodzi, jeśli chodzi o intrygujące, bardzo dobre i poruszające reportaże. Ich książki stanowczo można brać w ciemno, pod względem treści – nigdy się nie zawiodłam. W „Czerwonym rynku” kuleje jednak trochę warstwa językowa. Przyznam, że czaiłam się na tę książkę odkąd tylko zobaczyłam zapowiedzi, zaś sam zakup – po zauważeniu jej na półce księgarni – trwał milisekundy („Moja! Licz pani, kartą płacę i pośpiesz się, bo zaraz przy kasie zacznę czytać”).

Tymczasem zaskoczyła mnie trudność, którą odczuwałam podczas lektury. Z dobrym reportażem jest tak, że nie wystarczy świetny temat; trzeba go też umieć opisać, stworzyć taką otoczkę z języka, która zasysa czytelnika i nie pozwala się wyrwać. Trochę w taki sposób, jak w najlepszym kryminale – nie sposób nie przeczytać „jeszcze tylko strony”. Przy „Czerwonym rynku” odchodziłam i przychodziłam bez tego irytującego poczucia, że muszę natychmiast kontynuować – stąd też zaskakująco długo tę książkę czytałam. Nie wiem, czy jest to kwestia tłumacza, czy może warsztatu językowego Carneya. Wiem jedynie, że np. po niedawno skończonym „Bukareszcie” Małgorzaty Rejmer innej płynności języka potrzebuję w reportażu.

Mam dla Ciebie propozycję. Przeczytaj „Czerwony rynek” uważnie, a potem wykonaj eksperyment. Stań przed lustrem i popatrz na siebie – na swoją twarz, włosy, ile masz wzrostu. Posłuchaj przez chwilę w milczeniu stabilnych uderzeń swojego serca. Popatrz na cienką skórę po wewnętrznej stronie rąk – w przebiegające tuż pod powierzchnią żyły i tętnice serce tłoczy najbardziej wartościowy płyn na świecie. Pomyśl o swoich komórkach rozrodczych, mikroskopijnych, ukrytych gdzieś pod brzuchem. Zwróć uwagę na zęby oraz na oczy.

A ile Ty jesteś wart?

Czerwony Rynek, Wyd. Czarne 2014

Czerwony Rynek, Wyd. Czarne 2014

Reklamy

11 replies

  1. Mega, mega, mega! Tak sobie rozmyślałam o tej książce, jak kiedyś przeczytałam jej zapowiedź. Mocny temat i trudny, no bo jak ktoś daje organy/krew/kawałek ciała, to trzeba brać, bo przecież trzeba żyć. Łapać się ostatniej deski ratunku, brzytwy, no a w tym przypadku jakiejś krwawej tkanki niewiadomego pochodzenia. Jednocześnie jest to kolejny z tych reportaży, który powinien mieć na zakończenie „I co z tego?”, bo przecież nikt nic z tym nie zrobi. Świadomość procederu zostanie zawsze przygwożdżona świadomością nadchodzącej śmierci. Po prostu. Bez względu na cenę.

    Ale muszę dorwać (książkę oczywiście):D

    • To jest właśnie moja główna myśl po przeczytaniu „Czerwonego rynku” – i co z tego. Ludzie Zachodu chcą żyć, ludzie z biedniejszych rejonów nie mają nikogo, kto się wstawi za nimi i podniesie alarm. Smutne to trochę, ten nasz świat, gdzie wszystko jest towarem.
      Na Gandalfie ebook za 21 zł tylko 😀

  2. O mamo, tylko przeczytałam Twoją recenzję – od razu kupiłam e-booka, lubię takie ciężkie tematy i jestem pewna, że lektura przyniesie mi pewnego rodzaju satysfakcję, bo chyba nie można powiedzieć o zadowoleniu w tym przypadku.

    • Wow, nie wiedziałam, że mam taki wpływ na ludzi 😀 Czarne powinno mnie zatrudnić jako wszechwychwalacza ich reportaży 🙂 Zadowolenie odpada, raczej właśnie satysfakcja i potrzeba mówienia o tym wszystkim dookoła – ja dzisiaj zamęczałam przyjaciół opowieściami o nerkach. Daj znać, jak tylko przeczytasz – niezmiernie jestem ciekawa Twoich wrażeń.

      • No jasne, że masz! Od tego jesteśmy – my blogerzy 😉
        Postaram się jakoś szybko za nią chwycić, ale nic nie obiecuję, bo ostatnio nie mam jakoś pary do czytania, trochę pracuję nad mgr, trochę leniuchuję 😉

      • „Blogerzy” wychodzi z mody, teraz są influencerzy ;D Muszę się wobec tego zakręcić przy ich fanpejdżu, bo przy moim wpływie i ilości czytelników powinni mi pociągami książki zwozić 😀
        A u mnie odwrotnie, trochę podkręciłam ostatnio czytanie, może dlatego, że sporo podróżowałam. Teraz kończę „Jutro przypłynie królowa” – porażająca lektura.
        I jak Ci idzie zatem pisanie i leniuchowanie? 🙂

      • Nam wszystkim powinni co najmniej wagon książek przywieźć 😉 A pisanie jak krew z nosa, próbuję robić wszystko żeby tylko nie pisać 😉 Zaczęłam czytać już „Czerwony rynek” i zapowiada się bardzo ciekawie, a „Jutro przypłynie królowa” już czeka w moim Kindlu na swoją kolej od niedawna 😉

      • Ja już po lekturze „Jutro przypłynie królowa”. Niesamowita książka. A jak u Ciebie?
        Heh, skąd ja to znam 😉 Potem pracuję przez 18 godzin ciurkiem, żeby nagonić, bo terminy, bo trzeba było przesłać na wczoraj ;D Jak pisać, kiedy mycie okien i czyszczenie żaluzji takie fascynujące? 😉

      • Jestem w połowie „Czerwonego”, bo w sumie to leżę w łóżku i trochę nie miałam mocy na czytanie, raczej na oglądanie seriali 😉 Ale jak tylko mi się polepszy biorę się porządnie 🙂

      • Czyżby choróbsko? Ja właśnie wróciłam z Pyrkonu radośnie zasmarkana, oczadzam się czosnkiem, żeby się nie rozwinęła plaga.
        Zdrowia zatem, zdrowia jak najwięcej 🙂 Zdrowia i sił!

Dodaj coś od siebie

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s